O ratowaniu świata i pieniądzach 2012-01-24 21:07:05

Mężczyźni robią zwykle w życiu 2 rzeczy:
a) zarabiają pieniądze
b) ratują świat
Bywają też kombinacje tych dwóch ważnych dziedzin i trzecia - bierna, czyli patrzenie i zachwycanie się jak robią pieniadze/ratują świat inni mężczyźni.

Kwestie przyziemne jak gotowanie, utrzymanie porządku w domu, zajmowanie się dziećmi (wyłączając zabawę, bo akurat tu się często spełniają, wszak łatwo bawić się z dzieckiem gdy samem się jest dziecinnym) i zakupy, są im zasadniczo obce i wstrętne. W wielu przypadkach "no przecież wynoszę śmieci" staje się dla nich wystarczającym argumentem na udowodnienie, że biorą czynny i jakże aktywny udział w życiu domowym i w domowych obowiązkach.
No niestety, moim zdaniem nie jest to udział wystarczajacy. Gdy po ponad dwóch latach wspólnego mieszkania okazuje się, że mój partner może raz umył kibel, nigdy nie wyszorował brodzika a "naczyniowy dzień" ma szansę zaistnieć może dwa razy w miesiącu, odrobinę się zestresowałam. Niestety, niezupełnie tak sobie wyobrażam mój związek.
Zaczęłam tez zastanawiać się, jak to możliwe, że wstając o godzinę, czasami nawet półtorej wcześniej, nie mam czasu żeby spokojnie wypić herbatę czy poczytać rano gazetę i przeważnie spóźniam się do pracy? On natomiast zawsze znajdzie czas na gazetę, obejrzenie wiadomości lub programu na Planete czy Discavery, pobawienie się w kotem itp.
Otóż on ma na to czas, bo wszystkie inne obowiązki rano wypełniam ja. Śniadanie - ja; wikt do pracy - ja; łóżko ścielę - ja; zmywam - ja, kuwetę kocią sprzątam - ja, kibel umyję - ja .... no i muszę się wyszykować do własnej pracy.

Fakt, ostatnio się stawiam i M przejął kilka obowiązków. Nie wiem na jak długo, bo jeśli poproszę o umycie talerza po kolacji to "przecież cały czas zmywam!".
Gdy M otwieral swój interes a mój nie szedl tak dobrze, wszystkie obowiązki wzięłam na siebie, żeby mógł się poświęcić li i jedynie "robieniu pieniędzy". Miałam wtedy na głowie swój interes, pracę na etacie i dom.  Jakiś czas później pracę na etacie trafił szlag a interes przestał iśc tak jakbym chciała. Został mi głównie dom. Nie narzekałam wtedy, bo wydawalo mi się to sprawiedliwe, taki podział obowiązków. Jednak wkrótce M stwierdził, że nie może mnie utrzymywać w takim stopniu jakiego wymagałam, więc zainwestowaliśmy w moją firmę. Kulało, kulało, aż powoli ruszyło. Nie pędzi jeszcze jak rozpędzony pociąg, ale umówmy się, że jest lepiej. Zgodnie z zasadą połączonych naczyń, skoro potrzebuję więcej czasu poświęcić firmie, to obowiązki domowe powinny zostać podzielone bardziej równomiernie między nas oboje. Okazuje się, że idzie to strasznie opornie. STRASZNIE. A na koniec pozostaję z poczuciem krzwdy jaką wyrządzam mojemu Ukochanemu, bo ośmielam się wymagać... wymagać, żeby ogarniał siebie i po sobie, bo gdy tego nie robi automatycznie zwiększa się ilość rzeczy, które muszę zrobić sama. A on przecież jest zmęczony po pracy (ja nie jestem, ale to oczywiste. Moja praca była, jest i będzie traktowana po macoszemu. Może coś by się tu zmieniło, gdybym zarabiała 5 cyfrowe kwoty, choć umówmy się, że nie jestem o tym przekonana.) a ja mu smędzę nad uchem o pierdołach typu zmycie talerza po zupie. Co prawda zmycie talerza nie pochłania nawet 5 minut cennego czasu, który można poświęcić na czytanie gazety, zabawę z kotem czy oglądanie jednego z 2723746 kanałów sportowych (zawsze gdzieś jest jakiś mecz), no ale on mógłby to zrobić rano czy za godzinę.

Wiem, smędzę. Ale jak nie będę smędzić, to zostanę tak jak mnóstwo innych kobiet ze wszystkim na głowie sama. A on będzie "robił pieniądze" lub "ratował świat".

I dlatego książka Danuty Wałęsowej odnosi taki sukces sprzedażowy.

skomentuj (0)

Długi weekend 2012-01-09 13:18:08

Bardzo kulturalnie spędziliśmy długi weekend (w czasie którego na drogach zginęło 30 osób i złapano iluś tam pijanych pokręceńców za kierownicą). W piątek akurat robiliśmy nic z powodu czwartkowego wypadu na bilard i darta, ale w sobotę byliśmy w Centrum Nauki Kopernik a w niedzielę w Kinotece na "W ciemności".

W Planetarium CNK było nieźle, ale doprawdy wolałabym, żeby rodzice sprawdzali na co zabierają swoje dziecko i czy nie sprawia ono komuś problemów (np. kopiąc w oparcie fotela przez cały seans). Projekcja w ogóle była fajna i ciekawa. M oczywiście jako znawca efektów specjalnych (Avatar w 3D) wolałby, lepszą animację, ale no cóż. Można było jak ja, po prostu cieszyć się chwilą albo tak jak on - skwasić, że było widać, że to animacja. Chyba z M zamieniliśmy się osobowościami, bo ostatnio to ja jestem bardziej optymistyczna i pozytywnie nastawiona, niż on. Jeszcze pół roku temu to on mi powtarzał do znudzenia "wszystko będzie dobrze, wszystkobędziedobrze..." a teraz ja muszę jemu. No nie wiem, może jestem wampirem energetycznym czy jakim tam i wyprałam własnego chłopaka z pozytywnych myśli?

W kinie było ... ciemno. Film dobry, straszny, smutny, ale takich też potrzeba, wszak warto czasami obejrzeć coś strasznego, by docenić rzeczywisty dobrobyt i spokój jaki mamy. Niestety obawiam się, że jestem zbyt empatyczna, by częściej oglądać takie filmy. Po wyjściu z kina wciąż rozmyślałam o przyczynach, skutkach i innych opcjach wyborów bohaterów. Potem pół nocy we śnie chodziłam z nimi po tych lwowskich kanałach, aż obudziłam się o 3:30, bo prawie przestałam oddychać. Poza tym Więckiewicz mnie zupełnie rozmazał na ścianie swoim profesjonalizmem i przygotowaniem do roli. Naprawdę niezwykłe. Poza tym bardzo mi się podobała kreacja Benno Furmanna i Agnieszki Grochowskiej.

Po powrocie pokazałam M moje postanowienia noworoczne i zrobilismy domowa pizzę. Mam nadzieję, że nie będziemy już zamawiać tak często jedzenia z knajp. Po 1 nie wiadomo co tam jest, a po 2 musimy oszczędzać (drugi argument zdecydowanie bardziej przemówił do M, naszą pizzą się najedliśmy, była smaczna i nie kosztowała w sumie więcej jak 10 pln, HA!).
W sobotę rozebraliśmy też choinkę i wreszcie znów mogę się cieszyć przestrzenią życiową w naszym małym mieszkanku. Oczywiście połowa igiełek została na wykładzinie, ale ja trochę zmiotłam a M wziął na siebie ciężar odkurzania całego mieszkania. Na dziś zamówiłam odkurzacz piorący i spróbujemy nieco odświeżyć naszą strasznie brudną wykładzinę. Wiążę z tym odkurzaczem wielkie nadzieje, konkretnie, że usunie jeśli nie wszystkie, to większość tych okropnych plam.

Poza tym nadal śpimy dziwnie długo a mnie nieustannie boli głowa. Kładę się z bolącą głową i wstaję takoż. Nie wiem, co robię źle. Może po prostu jestem zestresowana albo muszę zwyczajnie poczekać na wiosnę? Nie mam pojęcia.

skomentuj (0)

Noworoczne postanowienia... 2012-01-04 15:50:36

Ponieważ w ubiegłym roku i rok wcześniej odnotowałam, że spisanie postanowień noworocznych motywuje mnie nieco bardziej do działania w pewnym aspektach życia, powtarzam ten krok również na początku roku Euro. Nie wszystkie postanowienia udało mi się zrealizować, ale z pewnością bardziej się starałam, a możliwość wglądu i przypomnienia sobie co jakiś czas, na czym mi zależało sprawiła, że podnosiłam swoją motywację z podłogi i np. wsdiadałam na rower lub nie kupowałam coca-coli. Szczególnie zadowolona jestem ze zmian we własnym charakterze, który jednak staje się nieco bardziej optymistyczny, bojowy i statyczny, miast być wciąż rozedrganą kupką wiecznego nieszczęścia. Tak, mimo tych wszystkich żalów, które tu wylewam na codzień staram się być pogodna i wierzyć, że jednak jakoś się ułoży i warto się starać. (Możliwe, że wylewanie tutaj żalów ma też funkcję terapeutyczną i jak już sobie wyleję, to później mi lżej.)

Pierwszy raz puszczę te postanowienia swoje między ludzi, z nadzieją, że to jeszcze bardziej wpłynie na moją motywację i że Dobrzy Ludzie czytający tego bloga będą mnie wspierać w ciągu roku, również wywlekając mi toto przed oczy wielokrotnie. Może również zmotywuję niektórych Dobrych Ludzi, aby poszli za moim przykładem...?

Także cóż. Postanowienia na ten rok:
1) Odwiedzić lekarzy:
- hepatologa (bo już mi wisi od 2 lat, ale cholernie trudno się zapisać na 15-minutową konsultację, z której i tak wyniknie, że nic mi nie jest);
- gastrologa (bo mam skierowanie i jak skończy mi się Contix, to znów będzie ciężkawo);
- laryngologa (to się wiąże ściśle z punktem 2 i 3);
2) Zbadać słuch 2 x w roku, gdyż...
3) Potrzebne są nowe aparaty słuchowe, a tym samym wizyta w:
- PCPR
- NFZ
- Audiofon
4) Przedzieżgnąć dotychczasową dietę w zdrową i pożywną z przewagą białka, błonnika i witamin (poważnie, już bez wymówek i okiełznać M w kwestii zamawiania pizzy i innych dań z dostawą w sobotni wieczór);
5) Siłownia bez wymówek (chcę mieć jeszcze większą wyższość moralną nam "innymi", którzy nie mogą się zwlec z łóżka rano i zmusić do aktywności, tylko narzekają....);
6) Angielski - zostało mi pół roku i caaaały poziom, a to jest dużo pracy;
7) Jeszcze bardziej postarać się w firmie;
- znaleźć nowych klientów;
- zmusić ich, żeby dawali dużo zleceń;
- albo poszukać pracy (brrr...);
8) Dalsza praca nad własnym charakterem i osobowością, czyli:
- asertywność;
- konsekwencja;
- zorganizowanie;
- systematyczność;
- przebojowość;
- nie wymyślanie głupich wymówek dla własnych słabości w rodzaju "deszcz pada, to nie pójdę na siłownię"... wstyd i żenada!!
- patrzeć ludziom w oczy, gdy z nimi rozmawiam (dotyczy głównie obcych), bo to nie bazyliszki;
- bez żenady prosić o powtórzenie, gdy ktoś smędzi pod nosem nie mówiąc wyraźnie;
- samej też nie smędzić pod nosem, tylko mówić głośno i wyraźnie;
9) Zgodnie z końcówką poprzedniej notki: dbać o swój komfort psychiczny i zdrowie, zamiast wszystkich uszczęśliwiać i robić im dobrze a samej zgrzytać zębami i robić coś, czego wcale nie chcę.
10) Nie spieprzyć wszystkiego co akurat mi się udaje!

No i to tyle.

Dodam tylko, że za cholerny catering z listopada nie dostałam nawet tych nędznych 100 pln, co potwierdza staropolskie powiedzenie, że z rodziną najlepiej wychodzi się na zdjęciu, stojąc obok, żeby łatwiej było oderwać ;> (wg mnie dotyczy to głównie dalszej rodziny, ale za to nie tylko własnej).

ps. Udało mi się wreszcie założyć firmowy profil na Fejsbuku :)

skomentuj (0)

Z nowym rokiem raźnym krokiem 2012-01-03 18:14:15

Nareszcie. 2012 nadszedł. 31 grudnia 2011 ludzie w sklepach robili zakupy, jakby miało nie być 1 stycznia. Sama złapałam się na tym, że miałam ochotę kupić różne niepotrzebne mi w tamtym momencie rzeczy.

Na Sylwestra poszliśmy z M i jego wspólnikami do restauracji na bal z wodzirejem i innymi atrakcjami. Nie powiem, całkiem wszystko wyglądało fajnie, jedzenie było smaczne, tylko wybór alkoholi nie powalał. Można było dostać albo wytrawne (bardzo) wino, albo wódkę. No niestety ani jedno mi za bardzo nie wchodziło, ani drugie.
Później przypałętał się jakiś kolega P. Jeden z tych, co to kobiecie ręki nie podaje i generalnie jej w towarzystwie nie zauważa. Wcale mi się nie podobał i przychodził tylko pić wódkę z chłopakami... dodam, że na każdą parę była 0,5 wódki a kolejne trzeba było dokupić. W każdym razie zupełnie mnie załamało, gdy za którymś podejściem do naszego stolika na pochlewajkę, w czasie gdy M poszedł do toalety, tenże koleś wychyliwszy kieliszek wódki wziął z miejsca M serwetkę, wtarł nią sobie twarz spoconą a następnie rzucił mu na talerz. BLEEEEE.... ohyda totalna. Ja wiem, ze ludzie są prości i w ogóle, ale naprawdę... minimum!!
Później mieliśmy jeszcze jedno przejście i oczywiście moje nieszczęsne palce u nóg ucierpiały tragicznie.
Na koniec zamiast 20-30 minut czekaliśmy na taksówkę 1,5 godziny, bo M "mógłby siedzieć, pić i gadać z P do rana" (była 6:00). Powiedziałam, żeby siedział i gadał, a ja sobie pojadę do domu spać, ale to obudziło w nim Rycerza, który nie zostawi swojej Damy samej sobie. Dlatego do domu zajechaliśmy na godz. 7:00 rano, gdy szlag mnie trafił całkowicie ale byłam też tak totalnie zmęczona, że do mieszkania doszłam na autopilocie i padłam.
Padłam na 3,5 godziny, po czym obudziłam się i wstałam, bo nie mogłam spać w bałaganie jaki zaistniał w mieszkaniu. A jak już zaczęłam sprzątać, to i zgłodniałam... jedząc śniadanie obejrzałam Brzydżet Dżons i jakiś jeszcze film, wstawiłam pranie, pobawiłam się z kotem, itp, itd. Tak mi upłynął 1 stycznia.
Wszystkiego dobrego w nowym roku!

2-gi stycznia nie okazał się dla mnie wcale optymistyczny, a trzeci dzień miesiaca wygląda jak drugi. Prawdę mówiąc mogłabym znienawidzieć ten rok, choć dopiero co się zaczął, ale co wtedy zrobię z pozostałymi 363 dniami? Będę cierpieć?? Niestety to znów jest ten czas, gdy chciałabym zaszyć się pod kołdrą i nie wychodzić, dopóki wszystko nie będzie fajnie.

Czasami myślę, że M powinien zwinąć manatki i sobie iść ode mnie. O ileż byłoby mu łatwiej? W pewnym sensie mnie też byłoby łatwiej, bo ileż można znosić własne poczucie winy, poczucie niespełnienia i zawodu ogólnego? Tymczasem on nie przejawia ochoty a ja mam dziwne dni i życie przez to wcale nie jest łatwiejsze ani przyjemniejsze.

Zlikwidowałam firmę i próbuję od początku, ale już przestaję wierzyć, że coś z tego może dobrego wyniknąć? Może powinnam dać się wrobić w bachora (jak mi "dobrze" radziła PMM swego czasu) i mieć wszystko gdzieś licząc na zasiłek z kasy państwa albo spuścić głowę do ziemi i dać się znowu upodlić na jakimś gównianym etacie za tymczasową pewność zarobków w wysokości najniższej krajowej?

O tej 6:00 rano M rozmawiał z P o tym, że P chciałby skończyć studia (ma licencjat). P chciałby ambicjonalnie, żeby mieć mgr i móc sobie powiedzieć, że ma wyższe wykształcenie. Realnie w niczym mu to nie pomoże i wszyscy o tym dobrze wiemy. Słuchając jednak jak M mu odradza zapętliłam się sama, bo cóż, ja mogę się pochwalić mgr przed nazwiskiem, ale też wiem, że to nic nie daje a nawet wiele utrudnia. Mogę być moralnie wyżej np od M czy mojej Siostry, ale ekonomicznie nadal jestem w czarnej dupie i nie widzę końca tego stanu.
Raz do roku wyjmuję swój dyplom i patrzę na niego. Na 5 lat, które w żaden sposób nie procentują. Na 5 lat i 3 literki, które stały się kulą u nogi.

Postanowień noworocznych nadal nie spisałam. Jeszcze w Sylwestra miałam silne postanowienie poprawy i że te postanowienia naprawde zacznę realizować i że w tym roku to już NA PEWNO.
Chyba szybko się zniechęcam. M każe mi wierzyć i myśleć pozytywnie, ale czasem sam mnie dołuje i zniechęca. Po co mam znów pisać, że w tym roku schudnę, skoro od 2 lat mi się nie udaje? (No ciężko, żeby się udawało, skoro M co kilka tygodni zamawia wieeelką pizzę a ja nie mam aż tak stalowej woli....).

W czwartek premiera nowego Sherlocka Holmesa. Chciałam iść z M, ale on chce doczepić jakichś znajomych. Sorry, ale chyba znów z tego wszystkiego zrobiłam się aspołeczna. W Sylwestra do M ciągle wydzwaniam G. Biedaczek, nie umie się bawić bez M. Ojejejej... i nie ma z kim trawy zapalić... ojejejej.... powiedziałam M, że powinien chyba siebie i G przyzwyczaić do takich sylwestrów, które będzie spędzał albo ze mną albo z G. Razem nas już nie uświadczy raczej. Miałam ochotę wyrwać mu telefon i wrzasnąć: zajmij się swoimi sprawami i daj nam się pobawić baranie!! Tak, nad asertywnością i komunikatywnością też chciałabym popracować w tym roku.

Choinka się sypie na potęgę a ja zaciskam zęby i odkurzam, i staram się nie mówić brzydkich słów przy tym ani nawet "a nie mówiłam". Rozbirę dziadostwo jutro czy kiedy tam i wywalę. Już nie mogę patrzeć na ten badziew.
Jak widać przebija ze mnie ogólne zniechęcenie. Żadna nowość prawda? Bardzo możliwe, że prócz kaszaniastego zbiegu różnych okoliczności wielką rolę odgrywa tu aktualna huśtawka hormonalna oraz niewyspanie od ponad 3 dni + stres świąteczny. Mam taki plan, że zaszedłszy dziś do domu kopsnę sobie tableteczkę hydroksyzyny i umrę dla świata na zasłużone 8 godzin. Istnieje pewna niewielka iskierka nadziei, że dzięki temu jutro świat okaże się nieco przyjaźniejszy.

Och, jeszcze jedno. M powiedział mi ostatnio, że on i jego Siostra zamierzają kupić PMM z okazji urodzin bilety na wycieczkę do Barcelony czy innej Lizbony i czy też chciałabym jechać. Nie powiem, ale z pewną satysfakcją i dobrym samopoczuciem odparłam, że nie, nie chciałabym. Tzn na wycieczkę oczywiście bym chciała, ale nie z PMM, bo znów będę musiała zapier**lać zamiast spokojnie zwiedzać miasto i napawać się urokami i klimatem. Nie powtórzę tego błędu już nigdy. Nie powtórzę Paryża, ani Zakopanego... dość. Niech sobie jadą sami, jeśli chcą. Ja się pocieszę własnym towarzystwem w tym czasie, nie spiesząc się z niczym i nigdzie nie biegnąc bez powodu.

Niniejszym obiecuję sobie na rok 2012 być lepszą dla siebie i dbać o własny komfort i zdrowie psychiczne, zamiast ciągle próbować nie sprawiać nikomu przykrości.

skomentuj (0)

Last Xmas I gave U my heart.... 2011-12-19 17:00:51

Ledwie wyrabiam. Cała pachnę piernikami i innymi rzeczami związanymi z Gwiazdką.
Na zrobienie czeka jeszcze nugat z migdałami i pistacjami i dome z piernika, który mi nie wyszedł za pierwszym razem.
Pierniki robią furorę, ale jednak mniejszą, niż bym chciała. Nic nie szkodzi, i tak muszę dorobić, bo dla rodziny nie starczyło. Generalnie jestem prawie gotowa do świąt. Jeszcze nadziergać pomarańcze i ten nugat i domek. Powinnam też chyba wysłać jakieś kartki do ludzi. Kartki mam, ale weny do pisania mało. A czas leci.

Rozsiewam ulotki gdziebądź. Ale muszę bardziej. Byłam dziś z ZUSie, bo juz nie uciągam tych opłat a na wizytę do internisty w ub tygodniu chciano mnie zapisać na 9 stycznia. Odpisałam, że dziękuję, ale do tego czasu albo wyzdrowieję sama z siebie albo wykituję definitywnie... Nie dostałam na to żadnej odpowiedzi, ale pozdrawiam NFZ i Starsze Panie z poczekalni. Tymczasem z nieznanego mi powodu podejrzewałam, że być może ZUS chciałby jednak dostawać ode mnie jakieś pieniądze i dojdziemy do porozumienia. Niestety "porozumienie" czy "kompromis" to nie są słowa znane w ZUSie. ZUS dostaje albo wszystko i obedrze Cię ze skóry, albo nie chce niczego ale ty też niczego nie możesz zrobić. Krótko mówiąc, nie ma opcji czasowego zwolnienia ze składek społecznych, które są największe, za to można: zawiesić działalność i nie płacić składek, ale nie wolno wtedy wykonywać działalności w swoim profilu a tym samym zarabiać na siebie, albo zlikwidować działalność w ogóle, ale ponowne jej otwarcie będzie równoznaczne z powrotem do maksymalnych stawek. Pozdrawiamy zatem wszystkich pracowników ZUSu, którzy będą się niebawem cieszyć 13-tką a specjalne pozdrowienia ślemy Ministrowi Pracy i Polityki Społecznej Władysławowi Kosyniakowy-Kamyszowi, który z pewnością przyzna sobie jakąś nagrodę roczną i uściśnie rękę z prezydentem z racji "dobrze wykonanej roboty".

M poprosił, żebym zrobiła trochę pierników, by jego PMM mogła zawieźć do S. W związku z tym, co opisałam w poprzedniej notce, wcale mi się nie chce ich robić. Z drugiej strony nie mogę przecież "karać" kogoś, kto nie zawinił, tj. wujostwa. Tym niemniej chęć odwiedzin PMM w święta jest u mnie raczej niska. Nagle z różnych przyczyn okazało się, że nie mamy już tylu wspólnych tematów a mnie jednak zależy na pewnej suwerenności w życiu. No i na spokoju. PMM jest trochę jak dziecko z ADHD (chyba już to pisałam) i całą sobą wprowadza jakiś niepotrzebny pośpiech i nerwowość. No i oczywiście moje kulinaria zawsze trzeba rozłożyć na czynniki pierwsze i NIGDY nie są dość dobre. No a w ogóle to przecież najlepiej, zeby M zrobił mi dziecko i będzie spokój.
Na szczęście (albo i nie), kuzynka M urodziła właśnie dziecko, więc może zajmą się nią wszyscy i dadzą mi spokój? Choć trochę wątpię i chyba bardziej oczekuję wersji "No, A. już ma dzidziusia, a Wy kiedy?". A my chyba wcale, bo im częściej ktoś o to pyta, tym bardziej temat się oddala. Kto wie - choć to przykre - ale może skończy się jak z P i J, którzy rozstali się po 7 latach?

Prawde mówiąc sama nie wiem, czy bym chciała, czy nie. Ale u mnie to normalne, że jestem raczej mało zdecydowana. Choć idzie mi lepiej z dnia na dzień.

skomentuj (0)

Przygotowania 2011-12-12 16:00:19

Przygotowania do świąt rozpoczęte.
W sobotę wstałam co prawda na kacu, ale jednak dość wcześnie i zabrałam się do roboty. Swoją drogą, wątroba i reszta, już nie taka jak niegdyś i 3,5 piwa w 4 godziny okazuje się dawką niemal śmiertelną. Dziwaczne doprawdy.
Tym niemniej taki niewielki dyskomfort nie ostudził moich zapędów i udało mni się umyć wszystkie okna, wyprać firanki, uporządkować półki z książkami i bibeloty oraz biurko. Zmachałam się przy tym niemiłosiernie, na szczęście M poczuł się współodpowiedzialny i pomógł mi nieco wieszając firanki po powrocie z pracy za co dostał talerz rosołu.

Poza tym wypiekłam pierników i zastanawiam się, co dalej. Do zrobienia wciąż została mi dynia, nugat i kandyzowane pomarańcze. Mam nadzieję, że to się wszystko uda. W przyszłym tygodniu jeszcze sałatki śledziowe.

PMM strzeliła mega gafę i obojgu nam (mnie i M) jest jakoś przykro i nieswojo.
M pojechał z nią w niedzielę do Lerua zamawiać jakieś drzwi. Ja z braku czasu i w nadmiarze innych planów (sorry Winnetou, ale też muszę zadbać o chałupę i kulinaria) zostałam w domu. M wrócił i powiedział, że PMM powiedziała, żeby nie przyjeżdżał w tym roku do S. gdyż ona z córcią same wrócą w Boże Narodzenie. Tak jakby nie wiedziała, że dla M święta bez wizyty u wójostwa to żadne święta. Tak, jakby uważała, że on jedzie tam tylko jako jej szofer - zawieźć panią i przywieżć panią. No ciśnienie mi skoczyło okropnie, ale zdusiłam, gdyż to nie moja matka, a poza tym możemy (chyba?) pojechać niezależnie. Osobiście też bym chciała, bo wójostwo lubię bardzo.
Próbuję sobie tłumaczyć, że PMM nie zastanowiła się ani chwili nad tym co wypadło jej z ust, ale muszę się naprawdę wysilić. Mam nadzieję, że M nie zechce ściągać mnie z Boże Narodzenie z łóżka bladym świtem, żeby zdążyć do S. po PMM. Nie uważam, żeby to było w jakikolwiek sposób uzasadnione i grzeczne z kolei w stosunku do mojej rodziny. Smrodek pozostał.

Dziś nadal żadnych zleceń. Czekam na ulotki. Myślałam, że przyjdą dziś, ale chyba dopiero jutro.
Z tego wszystkiego obudziłam się w środku nocy i zaczęłam rozmyślać jak tu wybrnąć z sytuacji. Chyba będę musiała zawiesić działalność albo w ogóle ją zlikwidować (wolałabym nie). Zaczęłam rozglądać się za pracą, ale to wiadomo jak jest. Jeśli nic nie pójdzie lepiej do końca miesiąca, no to szlag wszystko trafił, i wydatki na pozycjonowanie strony, i wydatki na biuro itp. Przygnębia mnie to okropnie, ale przynajmniej już mi gul nie skacze jak myślę o etacie (jeśli uda się go znaleźć). No trudno, prawda? Czasami trzeba zrobić coś, czego się nie lubi. Przecież nie jest powiedziane, że nie mogę nadal tych usług świadczyć jakoś tam po swojemu.
Jest we mnie jeszcze iskierka nadziei, że jednak los się odmieni, ale iskierka ta jest niezwykle nikła.

Z drugiej strony (a może już z trzeciej) przecież do cholery to nie możliwe, żeby wszystko się tak chrzaniło! Pojutrze kończy mi się karta na siłownię, no i nie wiem, naprawdę nie wiem... Próbuję też ściągnąć płatność z jednej klientki, ale póki co nie wyglada to dobrze :/

A teraz klasycznie jakaś dobra rzecz: wiem, że mam zdolności kulinarne. Całkiem spore być może. Pierniczki chwalą wszyscy. Wyglądają pięknie i są tak samo pyszne. Gdyby ktoś chcial je jeszcze kupić, to w ogóle byłabym w siódmym niebie. Czasami jednak przeraża mnie to, jak ważne są dla mnie pieniadze i ile czasu człowiek może poświęcić tylko na pracę. Oglądam różne filmy i wiem, że to fikcja, ale chciałabym kiedyś przez chwilę pożyć tak, by nie musieć się martwić o to, czy mi wystarczy.

W ramach odstresowywania się dodałam dziś na FB albumy ze zdjęciami i trochę się czuję dowartościowana, że ludziom się podobają.

skomentuj (1)

Wreszcie grudzień! 2011-12-08 14:02:21

Ehh, przecierpiałam jakoś listopad, który był wyjątkowo mało listopadowy i chyba tylko nazwa pozostała depresyjna.
Nadszedł grudzień a ja:
- nie schudłam ani grama, choć chodzę na siłownię 3 x w tygodniu i STARAM SIĘ trzymać zasad zdrowego żywienia;
- nadal produkuję sałatki;
- mam straszne plany kulinarne na święta;
- zaczynam rozważać rozszerzenie profilu firmy o łakocie itp;
- nie nadążam z robotami w domu;
- mam za mało zleceń mimo inwestycji w pozycjonowanie strony, wobec czego może powinnam rozważyć obniżenie cen, ale wtedy będzie i tak mało przychodu... muszę to przemyśleć.

W każdym razie poprosiłam trenera o zmianę planu treningowego i obecny mnie nieco maltretuje, ale chyba jest skuteczny, no i prawie mieszczę się w czasie "przedpracowym".

W tym roku nie zamierzam wydawać wiele pieniędzy na prezenty świąteczne, bo zasadniczo ich nie mam, więc zamierzam hurtowo wykonać słodkie upominki, co mam nadzieję znajdzie zrozumienie a może nawet uciechę przyniesie obdarowanym. Dowiedziałam się przy okazji, że w takiej Japonii na przykład - kraju bogatszym z pewnością niż nasz - Święta nie są czasem prezentów jako głównej atrakcji i w ogóle podarki są tam ograniczone bardzo. Chyba na rzecz wspólnego spędzenia czasu.
Ja wprowadzę nową tradycję, czyli własnoręcznie robione prezenty, które ZAWSZE cieszą :P

M ma ostatnio nerwobóle w klatce piersiowej, którymi chyba (?) zaraził się (??) od wspólnika. Ja nie wiem, co faceci mają przeciw lekarzom (często przecież też facetom), ale jak masz bóle w klatce a w rodzinie kilka zawałów, to raczej nie kończysz na piciu meliski i Doppelhertz? Tzn, wydaje mi się, że to jednak nei jest najlepsze wyjście. No, ale moze to takie straszne usłyszeć "musi pan zrezygnować z alkoholu, tłustego mięsa, smażonych potraw, masła..."? Nadal nie rozumiem, jak można być egoistycznym, gdy ma się małe dziecko np. Mój ojciec jest taki sam. I to jest smutne, bo poświęcenie teraz kilku nawet godzina na umówienie się i pójście do lekarza, załatwia przecież spokój w przyszłości, wykluczenie kilkutygodniowego leżenia pooperacyjnego itp.
W każdym razie ja się nie poddaję. Jakbym miała ojca pod bokiem, to bym go siłą i przemocą zaciągnęła do tego lekarza, a tak to skupiam się na M.
W sumie nie ma tego złego, ale muszę być twardsza, bo on się wyłamuje. Np pizze zamawia, albo robi na kolację zapiekanki... a to nie jest dobry pomysł.

Mamy iść pod koniec tygodnia wybrać nową wykładzinę do pokoju. Nie wiem, czy się uda, ale spróbujemy, bo obecna jest strasznie okropna i w ogóle nas przygnębia. Mnie od dawna, a M od początku tygodnia (no jak trzeba poodkurzać i przyjrzeć się przy tym wszystkim plamom, to jednak zmienia się nieco percepcja :P ). Mam nadzieję, że uda nam się to załatwić najpóźniej w przyszłym tygodniu, tj. zdjąć starą i położyć nową wykładzinę, bo specjalnie czekam z praniem firanek. Wiadomo, co może być pod taką wykładziną i jak to wszystko się podniesie i osiądze mi na świeżo wypranych firankach, to krew mnei zaleje. Poza tym ma mi się nie kurzyć jak będę gniotła ciasto na pierniki.
Rozważaliśmy wczoraj wnpożyczenie odkurzacza piorącego, ale mam poważne wątpliwości, czy coś by rzeczywiście zdziałał.

No i jeśli chodzi o wydarzenia, to w sumie tyle.

Dziś jest zimno i mokro i nie mogę dodać zdjęć na FB. Humor poprawia mi gorąca herbata z sokiem malinowym i łyżeczką miodu. Zaczynam mieć też ochotę na grzańca.

ps. Zaczynam uwielbiać Monikę Olejnik, kiedy zadaje proste pytanie politykowi, a on się zwija jak dżdżownica wyciągnięta spod kamienia. Pocieszne.

skomentuj (0)

Pół kroku do zimy 2011-11-18 16:20:36

M dzwoni dziś do mnie ok. 11:00 i pyta, co słychać i czy widzę za oknem coś ciekawego. Nie, nie widzę nic ciekawego, ekscytującego, dziwacznego, czy niezwykłego. A on na to, że na Idzikowskiego i Woronicza to śnieg pada! No haloooo?! Ja jestem na Niedźwiedziej i tu NIE PADA!! Może padało tylko do Alei Wilanowskiej, a dalej już nie dało rady?

Jest druga połowa listopada i jest niezwykle sucho jak na tę porę roku w tym kraju w tej szerokości geograficznej. Nie żebym narzekała, ale TO ewentualnie mogę nazwać niezwykłym, bo chyba jeszcze w swoim życiu nie widziałam takiej suchej jesieni.

Tymczasem zapisałam się na siłownię i byłam już 2 razy. Okazuje się, że nie było tak źle i moja forma oraz mięśnie wypracowane poprzednim skokiem nie zanikły całkowicie. Nie mam szalonych zakwasów i bolą mnie tylko niektóre mięśnie, choć zrobiłam tylko jeden dzień treningu przygotowującego a kolejny był już pełny 2-godzinny. Na jutro mam plan w postaci 2,5 godziny treningu + sauna. Przyjemnie się zapowiada.

Sałatki nadal robię (właśnie muszę w weekend ustalić menu na przyszły tydzień), i wydaje mi się, że to jest bardzo rozsądne, bo kupuję tylko tyle, ile jemy. Nic się nie marnuje (dobra, wyrzuciłam trochę szpinaku, ale zaczął śmierdzieć starymi skarpetami i nie zdążyłam go przerobić na zupę czy coś w tym rodzaju), jemy zdrowo i nie wydajemy niepotrzebnie forsy na śmieciowe żarcie w ciągu dnia. M zabiera ze sobą nawet termos z herbatą z miodem i cytryną. Ja nie muszę, bo mam w biurze wszystko. No ale on lata po mieście, a ja nie.
Dziś mieliśmy rano małe spięcie z M na tle wykorzystania produktów spożywczych. On podniósł głos a ja zimno go zgasiłam. Czasem robi się wyjątkowo władczo-despotyczny w stylu "tylko ja mam rację" (trochę jak jego mama, która często wie lepiej co kto lubi i co się komu spodoba). Nie ważne co ja powiem, bo i tak się nie znam i nie mam racji. Denerwuje mnie to. Ale myślę, że za kilka m-cy nie będziemy mieli spięć... za kilka m-cy chodzenia na siłownię, będzie lewy sierpowy i prawy prosty... a racja będzie po mojej stronie ];->

Wracając: w zamrażalniku mamy zamrożone kubełki z zupami na wszelki wypadek. Muszę jeszcze ugotować i zamrozić rosół, bo może się przydać, jeśli któreś z nas padnie przeziębione. M grozi to bardziej. Narazie nabyłam sok malinowy i sobie pijemy herbatki.

Nie wygrałam przetargu na tłumaczenie, ale nawet nie jest mi przykro. Dowiedziałam się bowiem, że cena wygrywająca była tak żenująco niska, że spaliłabym się ze wstydu oferując coś takiego. Ofertodawcą zaś był nieznany mi bliżej urząd wojewódzki, który jak widać nie uczy się na błędach ani swoich ani cudzych i z miłą chęcią wystawi siebie i obywateli na pośmiewisko, jak to uczynił swego czasu UM Ustki (http://tvp.info/informacje/ludzie/pieczony-kucharz-czyli-antypromocja-ustki/4814288) oraz a także UM Lublina (http://lublin.gazeta.pl/lublin/1,48724,10235412,_Study_in_Lublin___Oto_miedzynarodowy_blamaz_ratusza.html). Przykro mi tylko, bo akurat jestem obywatelką tego województwa i naprawdę wolałabym, żeby mnie nie ośmieszano w taki sposób.

Za to znalazłam nowego klienta, który wydaje się całkiem spoko i w porządku. Mam nadzieję, że będzie zlecał dużo i przyjaźnie nastawionym będzie.

Czekam aż Siostra swym graficznym umysłem obejmie projekt ulotki. Może się uda ją puścić do ludzi jeszcze w tym roku. M lata po ludziach to mógłby rozwieźć tu i ówdzie. Taki mamy plan przynajmniej. Bo zleceń w tym miesiacu mało... niby listopad zawsze taki raczej martwy, no ale jednak mógłby ktoś przyjść. A ulotki jak rzucę na tzw. City, to może stamtąd przyjdą?

Kot nasz nadal jes gruby i kilka dni temu miał jakąś niespokojną noc, podczas której szarżował na łóżko... prawie wskoczyła mi na głowę, na szczescie spałam na brzuchu, bo mogło być nieciekawie. Było nie było to dobre 4,5 kg żywego futrzaka z pazurami. Nadal się dziwię, że urosła taka duża. Próbujemy zmusić ją do biegania kilka razy dziennie i wydzielamy jej chrupki dietetyczne, ale trochę sie boję iść z nią do weterynarza, bo jeśli okaże się, że to już 5 kg?
A moja mama adoptowała chwilowo dwa koty i jest też fajnie. Jeden chodząc klekoce po posadzce gipsem, bo miał złamaną nogę, a drugi jest czarny jak węgielek i ma spojrzenie diabelskie. Urocze są maluchy.


skomentuj (0)

Listopad - jakby ktoś nie zauważył 2011-11-02 16:50:17

Wszyscy dziś trąbią o Boeingu, który wylądował bez kół na Okęciu w dniu wczorajszym a internet oszalał powiedzonkiem "Lataj jak orzeł, ląduj jak Wrona!". Bardzo się cieszę, że pilot miał umiejętności a załoga też nie w ciemię bita oraz że pasażerowie nie dostali świra. To budujące, że mamy jedną katastrofę lotniczą mniej. Być może smoleńską wyrobiliśmy sobie już pewną średnią dla kraju naszej wielkości i mamy spokój na parę lat? Byłoby super, nieprawdaż? Choć ponoć PiS ma już pewne teorie spiskowe a na pokładzie były 2 włosy JPII, więc właściwie to pilot mógł iść spać.... no bo skoro sam JPII czuwał, to właściwie nie wiem o co tyle zachodu.

Zimno się robi i coraz bardziej szaro, a ja dochodzę do wniosku, że jestem faktyczną malkontentką i powinnam doprawdy znaleźć trochę blasku w życiu, które nie jest tak zupełnie do dupy. Oczywiście mogłoby być lepiej, ale czyż nie sami kierujemy swoim życiem? Powinnam je zatem umieć uczynić szczęśliwszym sama z siebie. Wszak małe rzeczy też mogą cieszyć. Jak na przykład to, że wczoraj trzeci raz w życiu zrobiłam granolę i wyszła doprawdy przepyszna. Po co nam napchane cukrem i różnymi E-składnikami płatki kukurydziane, skoro ze zwykłych owsianych i kilku dodatków można sobie uczynić taką pyszność? Zjedliśmy dziś z M na śniadanie z mlekiem i bananem, mniam! Tylko tyle i AŻ tyle!

Czy to nie absurdalne, by w samym środku jesiennej szarości (żeby nie pisać szarugi) zamierzam odkrywać blaski i radości mej egzystencji? Z drugiej strony, przecież nigdy nie jest na to zły moment. Powiedziałabym, że wręcz przeciwnie. No i jest szansa, że będę pozytywna akurat na Gwiazdkę, która jak wiadomo ostatnimi laty przyprawiała mnie nieco o stany maniakalno-depresyjne i ogólnie jest podobno okresem wzmożonych samobójstw.

Zamierzam zapisać się na siłownię, bo trafia mnie szlag. Nie z powodu bezruchu (choć to też), tylko wizji postanowień noworocznych. 2 lata temu zapisałam sobie: "zrzucić 10 nadprogramowych kilogramów", rok temu było "14kg czeka na reakcję", w tym roku szykuje się co najmniej 15. Zostało mi 2 miesiace i 15 kg (albo coś koło tego). Rozpoczynam więc eliminację potraw mącznych lub z dużą zawartością mąki. Koniec z chlebem (zwłaszcza białym), bułeczkami (j.w.), makaronem (takoż) i ryżem (również). Warzywka i mięsko i siłownia. Taki mam plan.
Podsumowując postanowienia noworoczne: nie udało mi się zapisać do hepatologa (Dziękujemy ci NFZ!), słuch badałam tylko 1 raz w tym roku i nie udało mi się namówić do tego samego Ojca, jadłam zdrowo (przeważnie) ale nie mniej, na siłownię chodziłam nieregularnie i w końcu w ogóle przestałam, przeczytałam mnóstwo fajnych książek (HA!), ale miałam 4 m-ce przerwy w angielskim (buuu), wynajęłam biuro, przestałam skakać sobie adrenaliną z każdego powodu, nie zorganizowałam sobie relaksującego urlopu i nadal jestem niekonsekwentna i nieasertywna. Pewne postępy w zdecydowaniu i zorganizowaniu osiągnęłam.
Nadal mam 2 miesiace, żeby coś niecoś poprawić. Wszak to aż 60 dni licząc od dzisiaj. I wszystko zależy wyłacznie ode mnie.

Jutro idziemy na mecz Legia - Rapid Bukareszt. Czy powstrzymam się od zjedzenia jakiegoś śmiecia? Hm.
Poza tym zaraz pójdę na zakupy, bo muszę nabyć świeży szpinak i inne rzeczy... Gdyby 5 lat temu ktoś mi powiedział, że będę jadała surowy szpinak, to bym go wyśmiała okrutnie i pacnęła patelką przez łeb. W ogóle, kto by pomyślał, że będę jadła takie rzeczy jak teraz?


skomentuj (0)

Jak ważne są dobre relacje? 2011-10-28 14:18:32

Każdy powiem, że bardzo ważne. Z rodzicami, z partnerem, z rodzicami partnera, itd...
No cóż, prawda jest taka, że człowiek zazwyczaj sie sprzedaje. Utrzymywanie dobrych relacji przypomina mi wymianę pseudo barterowa, kiedy dajesz usługę za usługę. O ile niektórym ludziom możesz i jesteś w stanie powiedzieć "nie", o tyle relacje z innymi sprawiają, że wolimy nie używać tego słowa za cenę utraty własnego komfortu czy możliwości zarządzania własnym czasem.

W pracy mi idzie tak sobie raczej średnio, w związku z czym PMM postanowiła chyba pomóc mi na wszystkie sposoby i zająć ten czas, którego mam zbyt wiele. I skoro M nie kwapi się zrobić mi bachora (och, wtedy miałabym co robić zamiast siedzieć w biurze i pachnieć), to jego Mama zapragnęła znaleźć mi zajecie.
Pierwsza próba wyszła kiepsko, bo okazało się, że nie będę pracowała przy wyborach, gdyż stawka jest niższa niż składka ubezpieczenia zdrowotnego, którą musiałabym zapłacić. Odstąpiłam od tej imprezy.
Próba druga: ktoś z rodziny rozkręca restaurację/catering i potrzebują na imprezę obsługi. Można obejść pewne wymagania, postoję 9 godzin i pouśmiecham się, przy okazji pilnując, by na szwedzkich stołach panował porządek. "Ale koneicznie, koniecznie do niego zadzwoń to się umówisz... ale dzwoniłaś już? No to ZADZWOŃ KONIECZNIE. Dziś zadzwonisz? Na pewno? To zadzwoń!".
Zadzwoniłam, kilka dni później dowiedziałam się, że za te 9 godzin (możliwe że nawet 10) dostanę 100zł. Przy tej okazji wpadło mi zlecenie, którym powinnam się zająć w weekend a niewykluczone, że moja współpracownica przy tym zleceniu nie zrobi wszystkiego, co miała zrobić, bo jest matką.
I tak, miast zająć się własnym biznesem, dam sie wyzyskać komuś obcemu, za gówniane pieniądze i ślęczeć po nocach, by nie zawalić terminu.
A wszystko to dlatego, że chciałam być miła i ugodowa i nie robić znów "problemów". Bo ktoś miał dobre intencje.
I dlatego, że zależy mi na relacjach...

No cóż. Dbałość o relacje trzeba chyba chwilowo odłożyć między bajki a wyciągnąć zakurzoną nieco "asertywność" oraz "stanowczość". Szkoda tylko, że gdy ja jestem asertywna i stanowcza, to dla ludzi jestem po prostu niewdzięczną suką.

Tym niemniej, obiecałam sobie, że od tej pory na wszelkie tego typu propozycje będę z góry odpowiadała, że mam już plany na ten dzień i w ogóle pozajmowane terminy, mnóstwo pracy i 0 wolnego czasu, który mogłabym pościęcić na "wolontariat".

Nienawidzę tego życia, gdzie wszystko sprowadza się do zarabiania pieniędzy. Nie w tym rzecz, że nie lubię ich zarabiać czy nie chcę, ale poprostu nie ma już czasu na nic innego a pieniądze i tak są żadne. No bo co ja kupię za te 100zł? czy to podreperuje jakoś znacząco mój budżet? A jeśli nie wyrobię się albo źle zrobię zlecenie?

I coś jeszcze. Taka wisienka na torcie.
Może ostatnio mam jakiś problem z emocjami i są nieco labilne. Może moje poczucie humoru czasami na tym cierpi. Ale naprawdę, jak jeszcze raz ktoś o PMM powie do mnie per "Twoja Teściowa", to jako żywo okażę swój niesmak, co nie będzie ani miłe ani przyjemne.

skomentuj (0)

Nie liczę godzin i lat... 2011-10-20 15:50:50

No, niezupełnie. Czasem jest taki dzień, że liczy się nawet minuty do końca.

Wczoraj wieczorem zazdwonił Pan, a że byliśmy chyba już oboje po godzinach pracy, to umówiliśmy się na zlecenie na dziś rano. Zdawało się, że mu się dość spieszy. Dziś rano przyszłam o 15 minut przed czasem do biura... ale oj tam. W każdym razie... ranek minął, minęło południe - człowieka nie ma. Postawiłam już na Panu krzyżyk, bo pewnie zrezygnował albo coś... a on zjawia się luzacko o 15:00 ze zleceniem większym niż mi się zdawało i nawet nie grymasił przy wycenie!
Takich lubię i chcę na pęczki :)

Poza tym zaktualizowałam sobie wizytówki o aktualny adres, umówiłam się z mechanikiem i chyba dzisiejszy dzień poszedł nieźle.
Panienka, która nie zwykła odpowiadać na maile (ew. ma kłopoty z czytaniem ze zrozumieniem?) też była po swoje zlecenia i nawet przeprosiła... co rzadko się zdarza u prawników.

Poaz tym nasmażyłam wczoraj kotlecików-miniaturków do sałatki a dziś na obiad i tak oboje mamy tzw. de volaill'e PMM. Nie wiem swoją drogą co to za maniera nazywania de volaill'ami wszelakich zawijanych kotletów? De volaill'e to kotlety z piersi kurczaka nadziewane masłem ziołowym, panierowane i smażone w głębokim tłuszczu. Schabowe z nadzieniem z pieczarek i sera żółtego to kotlety szwajcarskie... niby nic takiego, ale jak mawiają: "nie każdemu psu Burek...".

Na mojej stronie było już ponad 2000 odwiedzin :)

skomentuj (0)

Gdyż ponieważ 2011-10-19 16:14:53

Po jesiennych porządkach wypadła mi z sieci strona z workami próżniowymi. Teraz strasznie chcę mieć kilka takich i sobie sprasować rzeczy. Oglądam sobie w necie takie worki i w sklepach... są nawet takie bez użycia odkurzacza. Bardzo ciekawe. Chyba powinna się tym też zainteresować moja Siostra :) Mogłaby sprasować swoje ciuchy do 1/4 objętości ;]

Wczoraj zamknęłam niechcący kota na cały dzień w szafie. No sorry, zawsze jej mówię, żeby nie właziła do szafy, skoro ma tyle innych fajnych miejsc. A ona swoje. No i wczoraj nei zauważyłam, że znów się rozsiadła na moich spódnicach i zamknąwszy drzwi szafy (taki mam zwyczaj) wyszłam do pracy. Kot siedział w szafie do 19:00 czyli aż wrócił M. Co niestety niczego jej nie nauczyło, bo dziś znów próbowała się tam schować.

Kilka dni nie robiłam sałatek i nikomu nie wyszło to na dobre (z  pewnością mojemu grubemu tyłkowi), wiec rozpisałam ponownie plan i jedziemy.
Dziś były szaszłyki z kurczaka z sałatką z ogórka i rzodkiewki.
Jutro takie coś z mielonymi kotlecikami.

Dziś nad ranem przyśniła mi się piosenka

http://www.youtube.com/watch?v=Kzbbz1TIBrM&ob=av2n

Po dwóch nocach z koszmarami na różny temat, dziś na ranem doznałam niesamowitego spokoju.  Absolutnie niesamowite. Obudziłam się w romantycznie-radosnym nastroju, który choć nieco oklapł z powodu pogody, to jednak utrzymuje mi się gdzieś w środku.
Każdemu życzę :)

No a później w radio poleciała Mary Hopkin z "Those were the day". Moja Mama (pozdrawiamy!) zna tę piosenkę w wykonaniu Haliny Kunickiej pt. "To były piękne dni". 

Mary Hopkin można sobie posłuchać tutaj: http://www.youtube.com/watch?v=iNIIwqafrO4&feature=related
A Haliny Kunickiej tutaj: http://www.youtube.com/watch?v=g3O3UL28PyA

 

skomentuj (3)

Jesienne porządki 2011-10-14 14:43:49

Wczoraj M miał urodziny. 2 godziny biegałam po Galerii handlowej, żeby coś wybrać. Nawet miałam doskonały pomysł, którym sam się ze mną podzielił - pidżama/podomowo-sypialny zestaw. Chodziłam i chodziłam... w M&S byłam chyba z 4 razy, w Sprongfieldzie kolejne 4, zaliczyłam też Reserved, C&A (to chyba na ukojenie nerwów), P&C a nawet Royal Collection i Zarę, gdzie nic nie ma.
Naprawdę miałam dobre intencje (którymi wybrukowałam sobie następnie własne małe mentalne piekiełko) i bardzo chciałam mu to kupić, ale po 1 żadna ze znalezionych pidżamo-podomek nie spełniała moich wymagań a do tego po 2, gdzieś pod czaszką kołatał mi się wykrzyknik M "Niczego mi nie kupuj!!". W rezultacie wyszłam ze sklepu z niczym oprócz niejasnego poczucia dobrze spełnionego życzenia, tj. nie kupienia niczego.
Nie zmienia to zupełnie faktu, że wieczorem wydawał się nieco zawiedziony, gdy okazało się, że NIC dla niego NIE MAM.
No i tak, weź tu człowiekowi dogódź.

Rozważam wycieczkę ponowną dziś jeszcze i jednak zakupienie którejś z tych pidżam, zwłaszcza, że wpadło mi coś na konto.

Z drugiej strony sama nie wiem...

Za to doskonale wiedziałam, czym się zająć. Wygarnęłam wczoraj wszystko z szaf i szafek i zrobiłam wielkie sprzątanie. Na wywiezienie czeka pięć toreb pełnych ciuchów, których nie noszę i ciuchów letnich, których z braku lata nie miałam okazji założyć. Torby dodam zaopatrzone w poduszeczki pot-pouri nasączone olejkiem sandałowym. W niedzielę zawieziemy je do moich rodziców a ja dzieki temu będę miała trochę luzu w szafie i na półkach. Odkryłam przy tym, że mam co najmniej 10 różnych pidżam/koszul nocnych, a i tak sypiam w jednej lub dwóch. To samo ze sparpetkami, stanikami itd. Dlatego zamierzam ograniczać nieco te moje nabytki i kupować nowe tylko, jeśli coś się nie nadaje do chodzenia. Żadne tam robienie zapasów!  M był dość zaskoczony zwłaszcza wynikiem, gdyż składałam bluzki używając podkładki, w związku z czym wszystkie są złożone idealnie jednakowo. Z szafy wyleciało 12 pustych wieszaków, a później zamówiliśmy pizzę i M wylał (jak zwykle) moją kolę na dywan. Nie wiem jak on to robi, ale naprawdę, z biegiem czasy zacznę do sadzać a miejscach szczelnie pokrytych folią, bo zawsze coś ubrudzi lub zaleje.
Mialam kiedyś koleżankę, która umiała zalać się jabłkiem... jej pewnie nikt nie przebije, choć M jest naprawdę bardzo blisko.

Tak, odżywiamy się zdrowo a codziennie wstaję między 5:00 a 6:00, żeby zrobić nam do pracy świeże, zdrowe i pożywne sałatki. Dlatego M w swoje urodziny raczy mnie pizzą :)

Mam nadzieję, że w domu u rodziców znajdzie się trochę miejsca na moje 5 toreb. Nie po to wszak składaliśmy w pocie czoła gigantyczną szafę w moim eks-pokoju, żebym teraz nie mogła tam trzymać tych kilku małych bluzeczek, nieprawdaż?

Cudowna, gigantyczna szafa... z lustrem... o jakiej zawsze marzyłam...
Tfu, tfu!

Dziś na lunch była resztka zupy serowej z krewetkami i mam jeszcze 3 ruloniki z łososiem i sałatką.
Wieczorem robię pyszne kanapki z nadzieniem z grzybów leśnych a jutro do pracy szaszłyczki z kurczaka z sałatką.

M mówi, że u niego w pracy wszyscy chwalą moje sałatki, które pięknie pachną (nie kumam, wczorajsza była czosnkowa - czosnek wiadomo, że nie jest afrodyzjakiem - a zebrała najlepsze recenzje jeśli chodzi o zapach) i wyglądają czasami jeszcze lepiej. Lubię to. Straszną, koszmarnie kosmiczną przyjemność mi sprawia słuchanie komplementów o jedzeniu, które robię.
Tym sposobem doszłam do wniosku, że kucharzenie zostanie moim hobby, i niestety, osoby z bliższego otoczenia muszą się pogodzić z tym, że będą robiły za króliki doświadczalne, będą dostawały u mnie do jedzenia nieznane, nie przypominające niczego, z czym stykały się do tej pory, rzeczy i będą miały zupełny zakaz pytania "co to jest?" albo "z czego to jest?" albo "co jest w środku?" albo wszystkie pokrewne.
Można będzie ocenić w skali 1-10, gdzie 1 = okropność a 10 = pyszności albo po prostu powiedzieć "dobre/niedobre".
Mama M zbierała się ostatnio caaały dzień do zjedzenia kawałka mojego placka bananowego, bo nie chciałam jej powiedzieć co to i co jest w środku.
Sorry, ale jak ktoś mi nie ufa, to nie będzie jadł! :P

Może kiedyś zostanę taką lokalną Najdżelą Lołson i będę miała wielki piękny dom z gigantyczną kuchnią, gdzie jest miejsce na więcej niż 4 garnki i 2 patelnie a jak kupujesz otwieracz do puszek, to nie wybierasz najmniejszego, bo się nie zmieści do szuflady... i będę zapraszała znajomych i rodzinę na pyszne śniadania lub obiado-kolacje. I będę miała maszynkę do robienia lodów... I drugiego kota.

Cudownie!

skomentuj (0)

Notka zaginięta w akcji 2011-10-10 10:53:47

W sobotę napisałam piękną długą choć smutną notkę i choć mam ją w spisie starych notek, to nie widać jej na głównej stronie.
WHY????

skomentuj (2)

Samoocena: -10000... 2011-10-08 11:58:29

Od 3 miesięcy uparcie staram się myśleć pozytywnie i wierzyć, że mi się uda. Prawdę mówiąc i będąc wobec siebie boleśnie szczerą uważam, że to włamanie to była również moja wina, bo powinnam być na tyle mądra, żeby zadbać o odpowiednie zamki i ubezpieczenie mieszkania ZANIM się to stało. Tymczasem było mi szkoda forsy, bo dobre zamki są kosztowne i uwierzyłam, że skoro nowe drzwi są antywywarzeniowe, to zamontowane (słabe) zamki, nie są problemem. Może też chciałam wierzyć, że zamki nie są słabe a włamania zdarzają się wszstkim oprócz mnie. Bolesne rozczarowanie.
M przy każdej zniżce nastroju każe mi wierzyć, że będzie dobrze i powtarzać to jak mantrę. Doraźnie działa ten sposób, dlatego już tyle czasu jak daję radę. Pierwszy raz w dorosłym życiu jestem tak bardzo zależna od innej osoby, która w dodatku nie jest ze mną spokrewniona. Poczucie, że jestem balastem jest wszechogarniające.
Wściekam się na M, że długo pracuje, że wraca coraz później i wściekam się na siebie, że on to robi z mojego powodu, bo zdecydował się mnie utrzymywać i zrobić wszystko, żebym miała tę swoja firemkę. Wściekam się na niego, że po powrocie do domu albo przed wyjściem z tegoż, wciąż ktoś do niego dzwoni w sprawach firmowych i nie tylko i nie ma dla mnie tyle czasu ile bym chciała, i wściekam się na siebie, że się na niego o to wściekam, bo przecież nie mam prawa. Ale chciałabym go mieć czasami bardziej dla siebie.

W czwartek M ma urodziny. 2 lata temu, gdy zaczynalismy być ze sobą kategorycznie zakazał mi wyprawiania jakichś imprez i kupowania prezentów. Prawdę mówiąc podejrzewam, że jestem kompletną kretynką w kwestii wyboru prezentów dla mężczyzn, bo jeszcze nie widziałam, żeby któryś prezent kupiony przeze mnie faktycznie któremuś z nich sprawił faktyczną radość.
Tymczasem M dostal wczoraj od swojego wspólnika i jego kobiety wypasiony obiektyw do aparatu za kilkaset złotych i "propozycję nie do odrzucenia" w postaci imprezy łączonej "urodzinowo-otwarciowej" drugiego sklepu.
Jak się poczułam tego chyba żadne slowa nie oddadzą. Pół wieczoru przeflikałam w łazience, a większą część nocy przemyśliwałam jak bardzo jestem do dupy i czemu różne rzeczy mi nie wychodzą. Moja samoocena osiągnęła poziom najniższy od czasu rozstania się z A.
Mam zakaz kupowania M prezentów (na które i tak teraz nie mam forsy). Chciałabym mu kupić (może na gwiazdkę?) GPS, żeby miał łatwiej jeździć na dostawy nie musząc szukać bez przerwy adresów, ale nawet gdybym wzięła najbardziej wypasiony i najdroższy, to i tak będzie z nim coś nie halo... a na koniec wadą może okazać się jego cena np. Jak to możliwe, że znam swojego chłopaka i jego prezentowe marzenia gorzej niż jego znajomi? Czy naprawde aż tak słabo znam męskie preferencje prezentowe?

Oczywiście z tego wszystkiego doszłam do koszmarku w postaci błędnego koła: jest mi smutno, bo nie mogę dać mu czegoś wartościowego (nie tylko w finansowym sensie), jemu jest smutno, bo mi jest smutno, a na koniec mnie jest smutno bo jemu jest smutno, że mi jest smutno. Później zrobiło mi się smutno jeszcze bardziej, bo uznałam, że to mój problem i nie powinnam psuć mu urodzinowej zabawy (na którą mam nic nie przynosić, bo jeszcze znów zaliczę jakąś wtopę...?), tylko udawać, że jest zaje**ście, siąść sobie i ładnie wyglądać... Czuję się sprowadzona do rangi niezbyt ładnego wazonika, który ma stać i nie zwracać przesadnie na siebie uwagi. Najlepsza jestem w gotowaniu obiadów i sprzątaniu chałupy. (Przy tym jest mi smutno, że sama tak stereotypowo zaniżam wartość własnej pracy, która przecież jest ważna, bo inaczej mieszkalibyśmy w chlewie.) Nie mogę powiedzieć, bo M raczej to docenia, często chwali sałatki, które daję mu do pracy, dziękuje za zrobienie prania czy uprasowanie koszuli... Tym niemniej, nie wiem gdzie jest moja ambicja i poczucie własnej wartości, że najlepiej sprawdzam się jako "housewife" z magistrem?

Gdybym mogła zacząć jeszcze raz to życie, chociażby od matury, może faktycznie olałabym te studia i poszła od razu do jakiejś pracy amiast tracić 5 lat na pierdoły. Może byłabym oszczędniejsza w czasach niezłej koniunktury tłumaczeniowej i oszczędziła trochę forsy. Może zainwestowałabym ją lepiej wpłacając na lokaty lub inwestując od początku w porządną reklamę firmy. Może nie podpisałabym tej głupiej umowy ubezpieczenia na życie, dzieki której mój tzw. doradca kontaktuje się ze mną tylko wtedy, jak mam 3 m-ce zaległości w opłatach. Umowy, z której - dodam skromnie - nie mogę się wycofać bo straty wyniosłyby ponad 50% wkładu, który wniosłam. Może też nie podpisałabym wadliwej umowy z Polkomtelem "nie ponosimy odpowiedzialności" S.A., który ma w dupie swoich klientów i może nie szukałabym pomocy w Federacji Konsumentów, dla której przedsiębiorca nie jest konsumentem. Może gdybym wiedziała to, co wiem dziś tak by było... ale nie jest.
Mam nadzieję, że poczucie totalnej porażki nie będzie mi towarzyszyło przez resztę życia... Chwilowo ogarnęło mnie do tego stopnia, że w ogóle nie chce mi się iść na tę imprezę z namalowanym szminką sztucznym uśmiechem. Ale wiem, że jeśli nie pójdę błędne koło "jest mi smutno, bo jemu jest smutno, bo mi jest smutno" tylko powiększy się o kolejny okrąg.

Finansowe uzależnienie od M sprawia, że odmawiam sobie wszystkich praw, również do smutku i niezadowolenia.

skomentuj (4)

Księga Gości
Z upodobaniem
Orły i sokoły Allegro - skrzynia bez dna ;]
Gadu Czytam i płaczę:]
Wektor Chłop jak chłop, wielkie mi dziwo:P
Kizia Trochę zrozumienia
Baśka Rozśmieszająca:)
Starsza Siostra Niekoniecznie wspólnota doświadczeń...